Lidia Geringer de Oedenberg

Poseł do Parlamentu Europejskiego

  english version english version
Google
 

Polemiki...

18.09.2006 - Wywiad dla "Gazety Wyborczej - Wysokie Obcasy" odnoszący się do szkalującego artykułu opublikowanego 17 czerwca 2006 r. w gazecie "Fakt".

Lidia Geringer de Oedenberg, europosłanka

Marek Sterlingow, Marek Wąs

- Halo... Mówi Lidia Geringer de Oedenberg. - Zginiesz, suko!

Fot. Kamil Gozdan
Fot. Kamil Gozdan

Bardzo bym prosił, żeby państwo nie wierzyli w mit Polski antysemickiej, ksenofobicznej i homofobicznej - przekonywał podczas wrześniowego pobytu w Brukseli premier Jarosław Kaczyński. Lidia Geringer de Oedenberg, socjalistyczna europosłanka z Wrocławia, kręci z niedowierzaniem głową: - Co za bzdura.

Zapraszamy na ścięcie

'Fakt', 17 czerwca tego roku. Zdjęcia dziewięciorga polskich europosłów, w tym jej, pod wielkim tytułem: 'Zdradzili Polskę'. Dwa dni później jej twarz na okładce: 'Sprzedajna europoseł: Za pieniądze zrobię wszystko'.

Dziennikarz udawał pracownika holenderskiej fundacji i zaprosił ją do udziału w konferencji na temat nietolerancji w Europie. Podsumował: 'Zaproponowaliśmy jej 5 tys. euro za szkalowanie Polski. Zgodziła się!'.

Po artykule odebrała dziesiątki telefonów z wyzwiskami, groźbami. Przyszły anonimowe e-maile: 'Życzę ci rychłej śmierci. Za zdradę Polski'. I podpisane jak ten od Pawła Zyzaka z Forum Młodych PiS w Bielsku-Białej: 'Uprzejmie zapraszamy Panią Poseł na happening (...) Zostanie Pani ścięta za zbrodnię obrazy majestatu Państwa i Narodu Polskiego, o którą została Pani oskarżona w wyniku poparcia rezolucji Parlamentu Europejskiego z dnia 15 czerwca br., zarzucającej Polsce wzrost nietolerancji powodowanej rasizmem, ksenofobią, antysemityzmem i homofobią'.

Mamy czas do dziewiętnastej

Pianistka, malarka, ekonomistka, matematyk. Absolwentka pół tuzina wyższych uczelni. Wszystkie skończyła z wyróżnieniem.

- Doskonała w każdym calu - mówi kolega Lidii Geringer de Oedenberg z koła socjalistów europejskich. - Najpiękniejsza, najambitniejsza, najbardziej zapracowana.

- Wady?

- Za bardzo kontroluje spontaniczność i nadużywa słowa 'fenomenalny'.

Jej świat: futurystyczne wnętrza Parlamentu w Brukseli, który miejscowi nazywają Caprice des Dieux. Kaprys Bogów. Stal, szkło, tysiące metrów korytarzy, które przemierza z zegarkiem w ręku - każde spotkanie, posiedzenie komisji, lunch planuje co do minuty. Zaczyna o ósmej rano, z budynku wychodzi dziesięć godzin później.

- Witam panów. Przywieźliście nam pogodę do Brukseli - zaczyna kurtuazyjnie.

Słonecznie jest już od tygodnia. Przy rue des Bouchers turyści jedzą z wielkich garnców mule duszone w białym winie.

- Kiedy ostatnio wychodziła Pani z tego gmachu?

- Miesiąc temu, żegnałam wycieczkę z Polski. Mamy czas do dziewiętnastej, muszę zdążyć na kolację ambasadora Belgii przy Unii. Nie zdążę się przebrać, ale w sumie i w tym mogę iść. Szybkim gestem prezentuje nienagannie dopasowaną garsonkę w kolorze kości słoniowej.

Podłość 'Faktu'

Nie tylko głosowała za rezolucją potępiającą Polskę z powodu nietolerancji. Była jej współautorką.

- Spierałam się z kolegami z innych państw, żeby zapisy stały się jak najłagodniejsze, bo pierwsze propozycje były bardzo ostre - opowiada.

- Gdzie Pani widzi przykłady nietolerancji w Polsce?

- Incydenty zdarzają się wszędzie, ale to nie nasz naród został upomniany. Przejawy nietolerancji są w partiach rządzących. Marsz Równości odbywa się zgodnie z prawem, a następnego dnia wicepremier Roman Giertych ogłasza, że nie powinien się odbyć. Albo wypowiedź ojca wicepremiera, europosła Macieja Giertycha: 'Obecność w polityce europejskiej takich postaci jak generał Franco czy Salazar gwarantowała trwanie Europy przy tradycyjnych wartościach. Brak nam dziś takich mężów stanu'. Takie słowa w tej izbie nie padły nigdy! Najbardziej zbulwersowani byli Hiszpanie, którzy w tej debacie potępiali faszyzm i Franco. Znalazł się jeden apologeta. Z Polski.

- A artykuł 'Faktu'?

- Podłość. Dukający po angielsku dziennikarz na koniec zapytał, czy zapłacić mówcom na tej rzekomej konferencji. Odpowiedziałam, że niech płacą, jeśli mają fundusze, to przyjęte. Sama do niczego się nie zobowiązałam.

Poseł PiS Tadeusz Cymański: - Nie będę używał słowa 'zdrada', ale europosłowie głosujący za tą rezolucją działali wbrew interesowi własnego kraju. Tak myśli większość Polaków. A czytaliście, jak za pieniądze chciała opowiadać o nietolerancji w Polsce?

Nie palę gorsetów

O siódmej rano na brukselskim placu Agora otwierają się pierwsze kafejki. Brukselczycy niespiesznie piją kawę, przegryzając bagietką z serem. W tym czasie przeciętny europoseł przewraca się w łóżku na drugi bok. Nie Lidia Geringer de Oedenberg. O ósmej już jest w Parlamencie. Na głowie ma cztery komisje - rekord.

- Budżetowa, najbardziej prestiżowa - wylicza. - Rozwoju regionalnego, równie ważna. Komisja petycji, no i komisja praw kobiet, dla mnie naturalne miejsce.

- Jest Pani feministką?

- Nie palę gorsetów. Feministką jest każda kobieta świadoma swoich praw. Więc jestem i głośno mówię, że w Polsce nie ma w tych sprawach równości. Urząd powołany do spraw równouprawnienia został przez PiS zlikwidowany. To sprzeczne z ustawodawstwem unijnym.

Gdy terminy posiedzeń komisji zachodzą na siebie, na jedno idzie asystentka i sporządza szczegółowy raport.

- Dwie asystentki wzięłam z ogłoszenia - opowiada posłanka. - Zapowiedziałam, że po trzech miesiącach zwalniam gorszą. Byłam zdumiona, gdy dziewczyny, zamiast się wygryzać, zaczęły współpracować. Zatrudniam obie, jedna nie poradziłaby sobie z obsługą mojego kalendarza.

- Toleruje Pani ludzi niekompetentnych?

- Szanuję prawo do nieróbstwa, ale go nie pochwalam, tak jak chamstwa, które zaczęło się tu zakradać za sprawą posłów z LPR. Tupanie, walenie w pulpity, przekrzykiwanie mówców, wymachiwanie hasłami. Parlament musiał wprowadzić za to kary w postaci odebrania diet. Podziałało fenomenalnie.

- Co się najbardziej przydaje w Brukseli?

- Języki. Bez francuskiego i angielskiego praca tutaj jest niemożliwa. Ci, którzy ich nie znają, sami eliminują się z uczestnictwa w podejmowaniu ważnych decyzji.

Posłanka zna angielski, francuski, niemiecki i rosyjski.

Szkoda czasu na sen

Od 11 lat nie miała całego wolnego tygodnia. Weekendy poświęca na spotkania z wyborcami na Dolnym Śląsku. Otworzyła tu 17 biur, regularnie je odwiedza. Szefową ich wszystkich zrobiła starszą siostrę.

Jedyna wieczorna rozrywka - sudoku, matematyczna łamigłówka. Posłanka: - Sudoku pozwala wyrzucić z głowy wszystkie myśli i wreszcie zasnąć.

- Ale tu, w Brukseli, musi Pani czasem wypić z kimś kawę... Każdy ma przyjaciół, a przynajmniej znajomych.

- Ja na kawę nie umawiam się bezinteresownie.

Dzień pracy kończy o godz. 22, tylko dlatego że do tej godziny można zamówić parlamentarny samochód z szoferem.

- Gdyby nie to, pracowałabym dłużej. Z brukselskiego mieszkania musiałam usunąć komputer, bo po powrocie pracowałam dalej i zaczęło brakować snu. Mam tu tyle zajęć... Całe życie się do tego przygotowywałam. Teraz jestem na właściwym miejscu.

Marek Siwiec, szef polskich socjalistów w Parlamencie: - Aby zdobyć tu pozycję, potrzeba przygotowania zawodowego i dobrych kontaktów towarzyskich. Myśleliśmy, że Lidia będzie chciała zająć się czymś lekkim, na przykład kulturą. Okazało się, że woli wagę ciężką i doskonale się w niej czuje. Zawsze ma odrobione lekcje. W jakim stopniu udaje jej się rozwijać nieoficjalne kontakty? Hmm... Nie wiem.

- Właśnie poszła na kolację do ambasadora Belgii. W wąskim gronie.

- Właściwy kierunek.

Z dziećmi Anią i Markiem
Z dziećmi Anią i Markiem

Dziewczynka w białych rajtuzkach

Dyscyplinę wpoili jej rodzice. Mama, pianistka z Wilna, której wojna przerwała karierę. Tata, warszawski profesor, który musiał opuścić dom po Powstaniu. Spotkali się we Wrocławiu. Tam w 1957 roku urodziła się Lidia Joanna Ulatowska.

- Krążyła o mnie w rodzinie anegdota, że można mnie rano ubrać w białe rajtuzki, a wieczorem będą tak samo czyste - żartuje.

Gdy starsza siostra Zofia wdrapywała się na drzewa, ona całymi dniami ćwiczyła gamy na fortepianie: - No tak, jestem trochę wytresowana - przyznaje. - Nigdy nie chciałam się buntować. Byłam całkowicie uległa rodzicom. Do dzisiaj uwielbiam się uczyć i chyba pozostałam tą dziewczynką w białych rajtuzkach.

Po skończeniu liceum muzycznego w 1977 roku dostała się do wrocławskiej Akademii Muzycznej, ale 'tylko na miejsce rektorskie'.

- Uświadomiłam sobie, że są lepsi. Nie mogłam tego znieść i obraziłam się na fortepian.

Bez problemu zdała do Akademii Ekonomicznej. Ukończyła ją z wyróżnieniem w 1981 roku. Specjalność: cybernetyka, ekonometria i statystyka.

Z przerwami studiowała przez całe życie. Zdobyła dyplom z zarządzania w SGH i Francuskim Instytucie Zarządzania w Warszawie. Dyplomy na uczelniach w Hiszpanii, Holandii, Wielkiej Brytanii. Już planuje studia astronomiczne.

Suszyłam mięso, wysyłałam do Polski

Jako studentka informatyki wyszła za mąż za starszego o 15 lat profesora genetyki Henryka Geringera de Oedenberg, arystokratę o austriackich korzeniach. Poznali się w Książu na wakacjach w siodle. Mąż otrzymał propozycję pracy na uniwersytecie w Antananarywie na Madagaskarze. Ona była w ciąży. Do Afryki dojechała we wrześniu 1981 roku z kilkumiesięczną Anią. Planowali, że zostaną dwa lata. Zostali sześć.

- Ominął mnie stan wojenny w Polsce. Ale gdy wylądowałam w Antananarywie, zobaczyłam zasieki, punkty kontrolne, żołnierzy. Szok. Znalazłam się z małym dzieckiem w samym sercu ich wojny domowej.

Pracy dla informatyka nie było. Zaszła w ciążę, urodził się Marek.

- Pisałam listy do Polski i miesiącami czekałam na odpowiedź - wspomina. - Przychodziły pocięte przez cenzurę. To było traumatyczne. W radiu podali, że w Polsce panuje głód. Nauczyłam się suszyć mięso i zaczęłam wysyłać paczki.

- Jak się Wam powodziło?

- W sumie skromnie. Mąż zarabiał ok. 1200 dolarów miesięcznie. Nauczyłam się gotować. Poznałam takie typowe panie domu, które były mistrzyniami patelni. Ucząc się francuskiej kuchni, poznałam też język. Pichcenie nie wypełnia jednak całego dnia. Odkryłam, że przy uniwersytecie działała fenomenalna biblioteka francuska. Zajęłam się malarstwem. Zainteresowałam się taką techniką malarską z Madagaskaru. Nazywa się tapa. Polega na malowaniu samymi barwnikami na jutowym płótnie z grubymi splotami. Z takiego płótna robi się worki na kawę.

Zaczęła organizować własne wystawy. Znaleźli się kupcy.

W 1987 roku dzieci po raz pierwszy zobaczyły śnieg i wrocławskie mieszkanie. W oknach, po wewnętrznej stronie, wisiały sople. Ona pierwsze miesiące spędziła na remoncie i wystawaniu w kolejkach.

Wychowanie dzieci. - Do ośmiu godzin dziennie musiały poświęcić na odrabianie lekcji i naukę języków - mówi Lidia Geringer de Oedenberg. - Mają skończone liceum muzyczne i studia ekonomiczne. Tylko jeśli chodzi o zamiłowanie do porządku, jest gorzej: rozumieją tyle, że trzeba utrzymywać ład, gdy mamusia jest w pobliżu.

Na Dzień Matki dzieci podarowały posłance pieska rasy york. Ma na imię Gatsby. Gdy zaczęła pracować za granicą, psiak zamieszkał z jej synem i obraził się na swoją panią.

Fot. Krzysztof Rak
Fot. Krzysztof Rak

Pani z okienka wkracza do polityki

- Jak trafiła Pani do telewizji?

- Zrobiłam wystawę swoich obrazów. Powstał o tym reportaż. Zaproponowano mi pracę w dziale publicystyki kulturalnej. Prowadziłam transmisje z Wratislavia Cantans. To były wejścia na żywo. Była trema, ale ja lubię wyzwania.

Jej kariera przebiegała bez zakłóceń także po 1989 roku. Robiła cykliczne programy o polskich twórcach. Jednocześnie prowadziła biura prasowe festiwali - Chopinowskiego i Wratislavii. Dyrektorem tego ostatniego została w 1996 roku - na dziewięć lat. W tym samym czasie dyrektorowała Filharmonii Wrocławskiej i 'zaliczyła' fotel dyrektora programowego TVP we Wrocławiu.

Wszędzie jej prawą ręką była siostra. Wrocław kpił, gdy na festiwalowych drukach Lidia Geringer de Oedenberg przedstawiała się jako baronowa. Podśmiewano się z jej wyszukanych kreacji i grona pochlebców. Ona nic sobie z tego nie robiła. Jej twarz stała się jedną z wizytówek miasta.

- W 2002 roku zgodziłam się wystartować w wyborach na prezydenta Wrocławia z listy SLD, bo nikt nie wymagał ode mnie wstąpienia do partii - mówi o swoim politycznym debiucie.

Przegrała. Dwa lata później wystartowała do europarlamentu. Na kampanię miała miesiąc. Zaplanowała wszystko co do minuty. 30 dni od rana do wieczora wypełniła spotkaniami z wyborcami. Udało się.

Bardziej ludzka arystokratka

Początek posłowania ją przeraził: - Podróże do Brukseli i Strasburga sprawiły, że zaczęłam się gubić. Budziłam się rano w hotelu i nie wiedziałam, gdzie jestem. Gdzie jest kontakt, żeby zapalić światło.

O rozwodzie z mężem, który właśnie wtedy przeprowadziła, nie chce mówić. Polscy europosłowie plotkują, że wystawiła mu walizki za drzwi. Ale z arystokratycznego nazwiska chętnie korzysta.

- Dzieci były już dorosłe. Ja praktycznie cały swój czas poświęcałam na działalność zawodową - ucina.

Były mąż jest szefem wrocławskiego Zakładu Hodowli Koni i Jeździectwa. Konie są jego pasją. - Profesor jest lubiany we Wrocławiu, jego była żona ludzi drażni - mówi dawny współpracownik posłanki z Wratislavia Cantans. - Trudno powiedzieć dlaczego. Ambitna, pracowita, twórcza. Drażni, i tyle. Tak jak w klasie, nikt nie lubi kujona.

Ryszard Czarnecki, eurodeputowany Samoobrony z Wrocławia: - Siedzi w biurze do późnej nocy i odrabia lekcje. Chłodna, to jej przeszkadza w kontaktach z ludźmi. Ale gdy zaatakował ją 'Fakt', poczułem do niej sympatię. Zrobiła się bardziej ludzka, prawdziwa. I mniej zadziera nosa.

Mam idealny porządek

Po dziewięciu miesiącach wyprowadziła się z hotelu i wynajęła mieszkanie w Brukseli.

- Kupuję podwójne rzeczy. Oba mieszkania, we Wrocławiu i w Brukseli, urządzam identycznie. Funkcjonalne meble i idealny porządek. Ubrania i kosmetyki równo podzieliłam między dwa mieszkania. Dzięki temu wiem, gdzie jest szuflada z nożyczkami, a gdzie z papierem.

- To gdzie leżą nożyczki?

- W biurku, najwyższa szufladka z lewej strony.

Jej biuro w Brukseli to niewielki gabinet zawalony po sufit dokumentami ułożonymi w równe stosy. Komputer, drukarka, telefon, żadnych osobistych pamiątek.

Naprzeciwko urzęduje europoseł z Anglii John Whittaker. Należący do niewielkiej grupy eurosceptyków IND (Niepodległość) Whittaker, zamiast wizytówki wywiesił przy swoich drzwiach zdjęcie pantofla na szpilce ozdobionego futerkiem.

- To dość hałaśliwe sąsiedztwo, wiecznie balują - skarży się posłanka. - Oczywiście nigdy w tym gmachu nie widziałam nikogo pijanego.

Eurosceptycy za cel pracy przyjęli rozbicie Unii: - Przeciągają obrady, proponują jakieś poprawki, ale wszystkie upadają. Cała ich praca ląduje w koszu. Ja bym zwariowała, gdybym miała taką destrukcyjną pracę.

Eurodeputowany z IND anonimowo: - W pani Geringer cenię walory zewnętrzne. O wewnętrznych boję się mówić. Jeszcze spojrzy na mnie i zamieni w sopel.

Czuję megaenergię władzy

W czasie rozmowy ożywia się raz. Gdy dyskutujemy o architekturze.

- Frank Owen Gehry, najgenialniejszy architekt. Ever! Jego umysł jest sexy! - unosi dłonie z biurka i macha nimi w powietrzu. - Musicie zobaczyć jego Muzeum Guggenheima w Bilbao! No buty spadają. Do środka nie trzeba wchodzić, bryła muzeum jest największą ozdobą tego miasta.

- Kto jest sexy oprócz Franka Gehry'ego?

- Mężczyźni obdarzeni wyjątkowym intelektem, inspirujący, twórczy - odpowiada. - Wiek, wzrost, uroda nie mają dla mnie żadnego znaczenia. Oczywiście dotyczy to również kobiet.

- Są tacy ludzie w Parlamencie?

- Tu skupiają się ludzie dysponujący nieprawdopodobną władzą, którzy są w stanie zmieniać przyszłość. Czuję megaenergię tej władzy. Taki Jacques Delors, człowiek fenomenalny, pchnął Europę do przodu. Kiedyś czytałam o pakietach Delorsa, reformie, która umożliwiła prawdziwą integrację Unii. Teraz spotykam go, mogę z nim rozmawiać. Tony Blair, wizjoner, autentyczny lider. Gdy przemawia, klaszczą wszyscy, również adwersarze. To nie są ludzie zamknięci w konserwie. Są odważni, otwarci, prawdziwi twórcy i rewolucjoniści. Od nich zaraziłam się socjalizmem. Dwa miesiące temu zapisałam się do SLD.

Szef komisji budżetowej, europoseł Janusz Lewandowski dyplomatycznie: - Pani Geringer de Oedenberg robi świetne wrażenie. Posługuje się językami, ma atrakcyjną powierzchowność. Jest dobrą wizytówką Polski.

Parlamentarzysta, kolega Lewandowskiego, anonimowo: - Nieskromna, roztacza aurę sukcesu i wpływów. Może i ma do tego predyspozycje, ale na razie jej przechwałki o tym, z kim się spotyka i o czym decyduje, trochę śmieszą.

Pytamy prof. Bronisława Geremka, jednego z najbardziej wpływowych polskich europosłów, czy arystokratyczne nazwisko pomaga posłance w europejskiej karierze.

- Pomaga, bo ją wyróżnia. I przeszkadza, bo jest długie i trudne do wymówienia.

'Hobbit' w Salzburgu

Po latach bez urlopu Lidia Geringer de Oedenberg wybiera się na dwutygodniowe wakacje. Tydzień spędzi nad drawskimi jeziorami, wybierze się do kina.

- Wzrusza się Pani na filmach?

- Jak każda kobieta. Ale potrafię też wzruszyć się w takich momentach jak na przykład... moja pierwsza sesja Parlamentu Europejskiego. Nie płakałam, ale emocje były bardzo silne.

Drugą część urlopu spędzi za granicą.

- Najpewniej w Salzburgu - zdradza. - Miejsce nieoblegane, świeże powietrze. No i fenomenalny Mozart.

Będą koncerty, spacery po górach, powstanie kilka obrazów. Przeczyta zaległego 'Hobbita' Tolkiena, wróci do 'Impresjonisty' Hariego Kunzru, którego czytała, ale - jak mówi - niedokładnie. Zwiedzi miasto 'ze szczególnym uwzględnieniem kościołów, w których najlepiej się wyciszyć i kontemplować'.

- Pani jest osobą wierzącą?

- Bardzo, ale to osobista sprawa.

Na urlopie znajdzie wreszcie czas na inne ulubione zajęcie - pisanie bajek.

- To bajki dla dorosłych, prozą - zastrzega. - Napisałam ich kilkanaście, każda dla konkretnej osoby. Każda składa się z trzech poziomów wtajemniczenia. Pierwsza treść jest oczywista, ale wśród słów ukryty jest kolejny przekaz - zarazem zagadka. Jej rozwiązanie to ta trzecia, najgłębiej ukryta treść. Wielu znajomych dotarło do drugiego poziomu i ma do mnie pretensje. Pytają: dlaczego ta dziewczynka z bajki musiała umrzeć? A ja im na to: skąd wiesz, że umarła? Może jest jakieś inne rozwiązanie, szukaj uważnie.

Trzeci poziom, który zawiera najintymniejsze przemyślenia pani poseł, odszyfrowała tylko garstka znajomych.

- Napisze Pani dla nas taką bajkę? Opublikujemy ją.

- A kiedy oddajecie tekst?

- Za dwa tygodnie.

- Absolutnie nie znajdę czasu.

źródło: Gazeta Wyborcza - Wysokie Ocasy

 
webmaster: Jerzy Lamprecht strona startowa: www.lgeringer.pl ^